O tym, jak przeżywamy swoje życie
Wydaje mi się, że jedną z najciekawszych cech człowieka jest to, że zaczyna on szczególnie intensywnie zastanawiać się nad sensem życia właśnie wtedy, gdy coś idzie nie tak. Dopóki wszystko jest spokojne, mamy pracę, zdrowie, bliskich ludzi i ustalony rytm codzienności, rzadko zadajemy sobie głębokie pytania. Po prostu żyjemy, zajmujemy się codziennymi sprawami i wiele rzeczy uznajemy za oczywiste. Ale kiedy pojawia się poważny problem, rozczarowanie lub wewnętrzny kryzys, zaczynamy pytać: dlaczego to się dzieje, co robię źle, dokąd właściwie zmierza moje życie? I czasami właśnie te pytania pozwalają nam dostrzec coś, czego przez lata nie zauważaliśmy.
Nie twierdziłbym jednak, że człowiek koniecznie potrzebuje cierpienia, aby jego życie miało sens. Musielibyśmy wtedy uznać, że szczęście, spokój i dobrobyt w jakiś sposób przeszkadzają w rozwoju duchowym. A moim zdaniem nie jest to do końca prawdą. Problemy rzeczywiście mogą skłonić człowieka do refleksji, ale sam sens życia nie powinien zależeć wyłącznie od istnienia problemów. Można rozwijać się poprzez trudności, ale również poprzez miłość, wdzięczność, poznawanie świata, twórczość i troskę o innych. Pytanie dotyczy raczej tego, na ile świadomie przeżywamy życie, które zostało nam dane.
W tradycji żydowskiej istnieje pojęcie tikkun olam — naprawiania lub doskonalenia świata. Wydaje mi się, że kryje się w nim bardzo ważna myśl: człowiek przychodzi na świat nie tylko po to, by korzystać z jego dóbr, lecz także po to, by zmienić w nim coś na lepsze. Nie musi to oznaczać wielkich odkryć czy niezwykłych czynów. Czasami naprawianie świata zaczyna się od najprostszych rzeczy: uczciwego wykonywania swojej pracy, wychowywania dzieci, pomagania potrzebującym, wspierania kogoś w trudnej chwili i uczenia się przezwyciężania własnego egoizmu. Nie każdemu dane jest zmienić cały świat, ale każdy ma możliwość zmienić coś w tej części świata, za którą odpowiada.
W Pirkei Awot (2:16) rabin Tarfon mówi: „Nie do ciebie należy obowiązek ukończenia pracy, ale nie wolno ci też się od niej uchylać”. Ta myśl jest mi bardzo bliska. Często tracimy wewnętrzny spokój właśnie dlatego, że chcemy osiągnąć ostateczny rezultat, rozwiązać wszystkie problemy, odpowiedzieć na wszystkie pytania i wreszcie znaleźć się w stanie, w którym niczego nie trzeba już naprawiać. Jednak ludzkie życie wydaje się wyglądać inaczej. Nieustannie się uczymy, przemyślamy różne sprawy na nowo, popełniamy błędy, poprawiamy je i odkrywamy kolejne zadania. I nie ma w tym nic złego. Być może naszym zadaniem nie jest osiągnięcie kiedyś absolutnej doskonałości, lecz nieustawanie w podążaniu we właściwym kierunku.
Jednocześnie uważam, że bardzo ważne jest nauczenie się odróżniania trudności, które rzeczywiście wymagają od nas zmian, od okoliczności, na które po prostu nie mamy wpływu. Czasami powracające problemy wskazują na nasze przyzwyczajenia, błędne decyzje lub relacje, które od dawna wymagają ponownego przemyślenia. Jednak nie każde przykre wydarzenie jest szczególnym znakiem z nieba. Możemy doszukiwać się prawidłowości tam, gdzie ich nie ma, i przypisywać sobie odpowiedzialność za rzeczy, które w ogóle od nas nie zależały. Dlatego praca duchowa wymaga nie tylko wiary, lecz także uczciwości wobec samego siebie, zdrowego rozsądku i gotowości do uznania własnych ograniczeń.
Wydaje mi się również ważne, aby poszukiwanie sensu nie zamieniło się w niekończące się niezadowolenie z życia. Można tak bardzo przyzwyczaić się do szukania kolejnego problemu, kolejnego celu czy kolejnej próby, że zupełnie zapomni się, jak cieszyć się teraźniejszością. Tymczasem w Księdze Koheleta (3:13) czytamy, że możliwość jedzenia, picia i czerpania radości ze swojej pracy jest darem Bożym. Okazuje się więc, że umiejętność cieszenia się prostymi dobrami życia wcale nie stoi w sprzeczności z duchowym powołaniem człowieka. Przeciwnie, wdzięczność za to, co już posiadamy, może być nie mniej ważna niż dążenie do nowych osiągnięć.
Wydaje mi się, że sens życia nie polega ani na nieustannym przezwyciężaniu cierpienia, ani na unikaniu go za wszelką cenę, lecz na nauczeniu się godnego korzystania z samego życia. Kiedy pojawiają się trudności, należy szukać sposobów ich pokonania; kiedy pojawiają się możliwości, wykorzystywać je dla dobra; kiedy przychodzi spokój, umieć go docenić. I być może dojrzałość zaczyna się wtedy, gdy człowiek przestaje postrzegać problemy wyłącznie jako przeszkody, a dobrobyt wyłącznie jako nagrodę. Zarówno jedno, jak i drugie może stać się częścią naszego duchowego rozwoju. Najważniejsze, aby nie tracić z oczu tego, po co żyjemy, jakimi ludźmi się stajemy i co pozostawiamy po sobie w życiu innych.