Duchowe śniadanie

Tam, gdzie zaczyna się „my”.

Autor: Dima

Gdy mowa o przykazaniu „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”, wielu gubi się już przy pierwszych słowach: co właściwie uznać za miłość? Każdy ma swoją historię, swoje reakcje, swoje doświadczenie. Czasem pokrywa się ono z doświadczeniem innych, czasem — nie. Dlatego szukanie uniwersalnej definicji jest daremne. Ale samo sformułowanie przykazania już wskazuje kierunek: chodzi nie o uczucia, lecz o sposób odnoszenia się.

Kochać siebie znaczy odczuwać własną integralność, życzyć sobie dobra i w miarę możliwości zmniejszać własny ból. To nie wyczyn, lecz automatyczny mechanizm, z którego człowiek korzysta od urodzenia. I właśnie na tym mechanizmie Tora proponuje się oprzeć: spróbuj zobaczyć w drugim nie przypadkowego towarzysza, lecz człowieka, którego dobro nie powinno być ci obojętne.

Nie trzeba do tego odczuwać silnych emocji. W zwykłym życiu stale pokazujemy, że potrafimy poszerzać granice swojego „ja”. Współczujemy bohaterom książek i filmów, kibicujemy sportowcom, cieszymy się z sukcesów przyjaciół. To nie wielkoduszność — po prostu psychika czasem włącza innych ludzi w swoją wewnętrzną przestrzeń.

To samo dzieje się z przyjaźnią. W różnych krajach przez słowo „przyjaciel” rozumie się różny stopień bliskości, ale w każdym razie to człowiek, o którego w naturalny sposób się troszczymy. Nierzadko po latach ludzie znów lgną do dawnych kolegów z klasy nie z nostalgii, lecz dlatego, że w ich życiorysie był okres wspólnoty, który nie wyparował do końca. Tak, doświadczenia szkolne bywały różne — ale to nie przeszkadza, by patrzeć na przeszłość z ciepłem.

Wynikają z tego dwa proste, ale ważne wnioski. Pierwszy: siebie kochamy — nawet jeśli czasem w słowach w to wątpimy. Drugi: miłość bliźniego lepiej zaczynać nie od abstrakcyjnego „do wszystkich ludzi”, lecz od tych, do których już mamy naturalną sympatię. Tam wszystko jest jaśniejsze: chcesz dobra i dla siebie, i dla niego; nie dążysz do wygranej jego kosztem; starasz się tak urządzić sytuację, by dobrze było obu.

Można to porównać z bardziej obrazowymi przypadkami. Jeśli ktoś ma dwoje dzieci, nie urządza zawodów, któremu przypadnie więcej uwagi; troszczy się o nie jednocześnie, a miłość do jednego nie oznacza krzywdy drugiego. Albo prościej: mamy dwie ręce — i jeśli jedna boli, nie pocieszamy się tym, że druga jest zdrowa. Ból jednej dotyczy całego organizmu.

Tak samo z bliźnim: jeśli włączyć go w swoje „poszerzone ja”, jego ból przestaje być „cudzy”. Właśnie dlatego etyka żydowska radzi zaczynać miłość od działania. Czyń dobro drugiemu — a on stopniowo przestanie być „obcym obiektem”. Wkładamy w niego siły, czas, troskę — i tym samym zaczynamy widzieć w nim część własnego świata. Wtedy pragnienie jego dobra pojawia się nie z obowiązku, lecz z naturalnej logiki: „jest mi źle, gdy on cierpi”.

Nie chodzi o samopoświęcenie ani o rezygnację z własnych interesów. Chodzi o zdolność poszerzenia ram tego, co nazywamy „ja”, tak, by zmieściło się tam nie tylko własne dobro, ale i dobro drugiego człowieka.

Tego właśnie wam życzę: by obok byli ludzie, o których szczerze się troszczycie. By znalazło się u was miejsce i dla własnych interesów, i dla tych, którzy nie są wam obojętni. A dalej krąg będzie się stopniowo poszerzał — od przyjaciół do bliskich, od bliskich do tych, których zdołacie zobaczyć nie jako przeszkodę, lecz jako część wspólnego „my”. Na tym właśnie polega praktyczna treść przykazania, bez romantycznych ozdobników i bez skomplikowanych formuł.

Udostępnij: Facebook Telegram WhatsApp
Na żywo Radio 12 70 Tora i Talmud 24/7
—