Co znaczy ufać Bogu?
Jedną z najtrudniejszych rzeczy, z jakimi mierzy się człowiek wierzący, jest konieczność zachowania zaufania do Boga właśnie wtedy, gdy życie staje się nieprzewidywalne. Dopóki wszystko jest spokojne, mamy pracę, dom, zdrowie, bliskich i poczucie pewności jutra, stosunkowo łatwo mówić o wierze i ufności. Kiedy jednak człowiek traci dotychczasowe oparcie, znajduje się w niebezpieczeństwie, doświadcza choroby, wojny lub trudnych okoliczności życiowych, znane słowa o Bożej Opatrzności zaczynają nabierać zupełnie innego znaczenia. Czym innym jest bowiem rozważanie zaufania do Stwórcy, gdy nic nam nie zagraża, a czym innym próba zachowania tego zaufania, kiedy nie wiemy, co przyniesie jutro.
W Torze, w Księdze Dewarim (Powtórzonego Prawa 32,4), powiedziano: „On jest Skałą, doskonałe jest Jego dzieło, bo wszystkie Jego drogi są sprawiedliwe”. To jedna z najważniejszych zasad żydowskiego rozumienia Boga. Myślę jednak, że trzeba odróżnić wiarę w Bożą sprawiedliwość od naszej zdolności do jej wyjaśnienia. Nie zawsze rozumiemy, dlaczego dochodzi do określonych wydarzeń, zwłaszcza gdy cierpią niewinni ludzie. Błędem byłoby twierdzić, że wiemy, dlaczego konkretnego człowieka spotkała określona próba. Wiara w sprawiedliwość Boga nie czyni nas znawcami Jego zamysłów i nie daje nam prawa do wyjaśniania cierpienia innych ludzi.
W Talmudzie opowiedziano, że rabbi Akiwa mawiał: „Wszystko, co czyni Miłosierny, jest dla dobra” (Berachot 60b). Nachum Isz Gamzu powtarzał natomiast: „To również jest dla dobra” (Taanit 21a). Wydaje mi się, że te słowa bardzo łatwo źle zrozumieć. Nie oznaczają one przecież, że ból, strata czy tragedia same w sobie są czymś dobrym. Tym bardziej nie można mówić człowiekowi, który stracił bliskich, że powinien cieszyć się ze swojego doświadczenia. Chodzi raczej o wewnętrzne zaufanie do Boga, które pozwala nie uznawać tego, co się dzieje, za ostateczny dowód bezsensowności świata. Można wierzyć, że poza granicami naszego rozumienia istnieje Boży zamysł, a jednocześnie szczerze rozpaczać, bać się i nie rozumieć tego, co się wydarza. Jedno wcale nie wyklucza drugiego.
W tradycji żydowskiej istnieje pojęcie bitachon — ufności pokładanej w Bogu. Moim zdaniem bardzo ważne jest tutaj rozróżnienie między przekonaniem, że Bóg może nas uratować, a pewnością, że na pewno uczyni to dokładnie w taki sposób, jakiego oczekujemy. W Talmudzie (Berachot 10a) powiedziano, że nawet gdy ostry miecz spoczywa na gardle człowieka, nie powinien on rezygnować z nadziei na Boże miłosierdzie. Nadzieja nie jest jednak gwarancją określonego wyniku. Wiemy przecież, że również ludzie sprawiedliwi doświadczają tragedii, chorób i strat. Dlatego nie oceniałbym siły czyjejś wiary na podstawie tego, czy spełniło się jego pragnienie. Ufność, jak sądzę, nie polega na pewności, że wszystko potoczy się zgodnie z naszym planem, lecz na zdolności do dalszego zwracania się do Boga, nawet kiedy nie wiemy, jaki będzie rezultat.
Ważne wydaje mi się również to, że wiara nie powinna zamieniać się w bierne oczekiwanie na pomoc z nieba. Jeśli człowiekowi grozi niebezpieczeństwo, powinien szukać bezpiecznego miejsca. Jeśli jest chory — zwrócić się do lekarza. Jeśli został bez środków do życia — szukać pomocy, pracy i wsparcia. Nic z tego nie stoi w sprzeczności z ufnością pokładaną w Bogu. Przeciwnie, ludzkie wysiłki również stanowią część naszej odpowiedzialności. Ufać Bogu nie znaczy rezygnować z własnego działania. Czasami odpowiedzią na nasze modlitwy stają się ludzie, którzy przychodzą z pomocą, możliwości, których wcześniej nie dostrzegaliśmy, albo siły, które odnajdujemy w sobie, by zrobić kolejny krok.
W traktacie Berachot (32b) mędrcy mówią o potrzebie dalszej modlitwy, nawet kiedy człowiek nie otrzymuje odpowiedzi na swoje prośby. Myślę, że jest to jeden z najgłębszych wymiarów życia duchowego. Modlitwa nie jest przecież sposobem na zmuszenie Boga do spełnienia naszych pragnień. Jest przede wszystkim relacją człowieka ze Stwórcą. Czasami zwracamy się do Niego z wdzięcznością, czasami z prośbą, a czasami po prostu dlatego, że się boimy, cierpimy i nie mamy z kim podzielić się swoimi przeżyciami. Nawet jeśli okoliczności nie zmieniają się od razu, sama możliwość rozmowy z Bogiem może pomóc człowiekowi nie pozostać sam na sam ze swoją rozpaczą.
Jednocześnie bardzo ostrożnie podchodziłbym do twierdzenia, że każda próba jest człowiekowi zsyłana koniecznie po to, by mógł wzrastać duchowo. Tak, trudności czasami naprawdę nas zmieniają, pomagają przewartościować życie, prowadzą do ważnych decyzji i ujawniają w nas cechy, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Jednak nie każde cierpienie czyni człowieka silniejszym. Czasami wyczerpuje, niszczy zdrowie, odbiera siły i wymaga przede wszystkim pomocy, a nie duchowych wyjaśnień. Dlatego kiedy obok nas znajduje się człowiek w potrzebie, znacznie ważniejsze jest najpierw udzielenie mu wsparcia niż tłumaczenie, czego dokładnie Bóg chce go nauczyć.
Wydaje mi się, że prawdziwa wiara przejawia się nie w tym, że człowiek przestaje się bać, wątpić czy cierpieć, lecz w tym, że nawet pośród tych doświadczeń stara się nie utracić nadziei, człowieczeństwa i zdolności do działania. Nie zawsze możemy zmienić okoliczności, w których się znaleźliśmy, i nie zawsze potrafimy zrozumieć, dlaczego potoczyły się one właśnie w taki sposób. Możemy jednak nadal troszczyć się o bliskich, pomagać innym, podejmować decyzje i zwracać się do Boga z naszymi prośbami.
I być może jedna z najszczerszych modlitw w trudnych czasach brzmi bardzo prosto: pomóż mi przejść przez to, co się dzieje, daj mi mądrość odróżniania tego, co mogę zmienić, od tego, na co nie mam wpływu, chroń moje serce przed rozpaczą i nie pozwól mi utracić zdolności dostrzegania dobra, nawet kiedy wokół jest tak wiele bólu. Czasami bowiem człowiek potrzebuje nie pewności, że jutro wszystko będzie dobrze, lecz siły, by godnie przeżyć dzisiejszy dzień.